INGRESS (Android, iOS)
*

Offline Qurek

  • *****
  • 263
    • Zobacz profil
INGRESS (Android, iOS)
« dnia: Maj 12, 2016, 14:53:23 »
~ pamięci, niemal wzorowej, agentury ~

... Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel ...

     Przepadłem. Przepadłem na niemal miesiąc z małym okładem, a to za sprawą niecodziennej gry, której na imię “Ingress”. Teraz wypada podzielić się z Wami historią pewnej znajomości. Cofnijmy się jednak do roku 2014, gdyż jest on kluczowym w tej opowieści.
     W 2014 roku gościłem przez chwilę pewnego osobnika zamieszkującego miasto leżące ponad 50 km od mojej miejscowości. Powodem jego wizyty, była sprzedaż konsol PlayStation 2 oraz Xbox, którą osobnik ów nabył po dość atrakcyjnej, ustalonej przeze mnie cenie, ale nie to jest akurat istotne. Istotnym był fakt, iż po udanej transakcji, na odchodne, mój gość zapytał mnie o lokalizację budynku Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w Sieradzu. Zdziwiłem się, bowiem po co ktoś może szukać takowego budynku, skoro nie pochodzi stąd, toteż nieskromnie zapytałem o powód. Wtedy właśnie miałem okazję po raz pierwszy dowiedzieć się o aplikacji, a właściwie grze, w której należy chodzić z telefonem po mieście i hackować portale, które są wirtualnie rozlokowane na bazie mapy google. Telefon działa w zasadzie jak nawigacja, a my przy pomocy skanera zmuszeni jesteśmy wyszukiwać portale i je hackować. Tyle dowiedziałem się dwa lata temu, ale z racji tego, iż nie posiadałem wówczas smartfona o aplikacji prędko zapomniałem, choć miałem wciąż na uwadze, że istnieje coś takiego i że może to być przyjemna odskocznia od siedzenia przed komputerem.
     I BUCH... Jesteśmy spowrotem w roku 2016 dnia 31 marca 2016, kiedy to zaczytując się w temat o “Pokemonach Go” natrafiłem na wzmiankę o “Ingress”, którą to szanowny użytkownik 1990in1 raczył zamieścić w temacie. Może to dobrze, może źle, ale jedno nie ulega wątpliwości, że skoro już wreszcie dorobiłem się swojego smartfona, warto byłoby przyjrzeć się bliżej owej aplikacji, której nazwy przez dwa lata kompletnie zapomniałem, a o której jeden rzut oka na tekst całkowicie mi o niej przypomniał. I stało się ...
Jak to newbie, który nie raczył nawet przeczytać czegokolwiek na temat “Ingress” postanowiłem organoleptycznie ogarnąć o co w tym wszystkim chodzi. Na początek wiedziałem chociaż jak się w tej grze poruszać, bo doszły mnie słuchy, że i takie pytania padały na forum “Ingress”. Cóż, gdyby ktoś mnie zapytał, odpowiedziałbym, że do poruszania się w tej grze służy grecki pojazd o nazwie “Parakulos”, z napędem lewa, prawa. Tak było ze mną przez kilka pierwszych dni, po których to stwierdziłem, że przesiadam się na rower, który w ostatnich dniach mojej kariery zastąpiony został z kolei samochodem.
     Początek mojej przygody z Ingress, to oczywiście nieświadome błądzenie od portalu do portalu, hackowanie i zdobywanie dzięki temu przedmiotów i kluczy oraz ładowanie rezonatorów. (Nie chciałbym tutaj zbytnio zagłębiać się w mechanikę gry, ponieważ jest ona dość zawiła, nie to jest jakby celem mojego tekstu.) Po kilku dniach zorientowałem się, że dołączyłem do odpowiedniej frakcji tzw. “Oświeconych” (zielonych), ponieważ w moim rodzinnym Sieradzu działa jeszcze dwoje osobników pod tą samą banderą. Równie szybko zorientowałem się, że jednego, a właściwie jedną z nich znam osobiście...
     Carrie Rooster, bo tak na imię jednej z agentek “Enlightened” poznałem w roku 2014 (znowu ten 2014) podczas testowania “Savage Worlds”, autorskiego systemu RPG mocno podpartego bodajże systemem “Warzone”, ale tutaj ręki sobie nie dam uciąć. Rozegraliśmy wówczas jedną, dosyć ciekawą sesję RPG, po czym nasze drogi się rozeszły. Na szczęście zorientowałem się, że Carrie to ta Carrie, po czym niezwłocznie nawiązałem z nią kontakt na Ingressowym chacie. Trzecim agentem okazał się być stary już wyjadacz, grający w Ingress praktycznie od kiedy tylko się ukazał, Chikenn. Osobnik bardzo sympatyczny, kochany wręcz w realu, niestety bardzo irytujący jeżeli chodzi o samo granie. Irytujący dlatego, że kompletnie krzyżował Carrie i mnie plany. Powiem tylko tyle, że łączył portale jak mu było wygodnie (tzn. te portale do których posiadał klucze) nie bacząc zupełnie, że zmniejsza nam, żółtodziobom, możliwości tworzenia pól, z których zdobywało się najwięcej doświadczenia.
     Tak jak się niebawem okazało gra nie polega wyłącznie na hackowaniu i przejmowaniu portali. Polega ona również na tworzeniu połączeń pomiędzy nimi. Trzy połączone portale tworzą z kolei pole w kształcie trójkąta i w zasadzie to jest głównym celem gry. Zajmowanie jak największego obszaru, oczywiście w różnych skalach, od lokalnej po globalną. Nie należy zapominać również o stronie przeciwnej (niebiescy “Resistance”) którym to należy uniemożliwiać tworzenie pól poprzez niszczenie ich rezonatorów w portalach.
     Wracając jednak do moich sprzymierzeńców, szybko zorientowaliśmy się, że KUREK, KOGUT i KURCZAK, tworzą bardzo drobiową społeczność, toteż nazwaliśmy się prześmiewczo Angry Birds Tactical Unit - ABTU. No i cóż, czas płynął. Po konsultacji z łódzką ekipą, na forum której zostałem zaproszony, dowiedziałem się dużo więcej na temat mechaniki i zdobywania doświadczenia toteż w niecałe 3 tygodnie udało mi się osiągnąć przedostatni poziom zaawansowania, kosztem jednak ogromnego nakładu pracy i czasu. Praktycznie każdy wieczór od godziny 19:00 bądź 20:00 mijał mi na szlajaniu się po centrum miasta i okolicach rowerem, po to aby utworzyć jak najwięcej pól. Nierzadko wracałem do domu około północy. Raz nawet przypłaciłem swoje włóczęgostwo zamknięciem mnie na terenie przynależącym do kościoła - musiałem wówczas prosić gosposię księdza o otwarcie bramy wjazdowej, którą ktoś przed chwilą za mną zamknął, a było przed 23:00 w nocy, więc trochę nie teges.
     Tak czy owak, jak to mówią, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Znudziło mi się po pewnym czasie krążenie wciąż wokół komina. Więc z racji osiągnięcia 7 poziomu zaawansowania na 8 możliwych poczułem się na tyle pewnie, że pewnego dnia zapragnąłem wybrać się na krucjatę do sąsiedniego miasta oddalonego o 15 km, w którym dominował kolor niebieski. Obracając wszystkie niebieskie pola w perzynę wróciłem wesół do domu, aczkolwiek mój apetyt nie był do końca zaspokojony, toteż na dzień kolejny zaplanowałem sobie wycieczkę do pobliskich wiosek. I tak od wyjazdu do Zduńskiej Woli przesiadłem się z roweru do samochodu. Pierwsza czerwona lampka - samochód na wodę póki co jeszcze nie jeździ. Kiedy tak pokrążyłem jakiś czas w promieniu 10 km, otrzymałem pewnego pięknego dnia powiadomienie od mojego operatora sieci komórkowej iż wyczerpał mi się limit danych. Druga czerwona lampka - LTE nie wszędzie ma zasięg, a już napewno nie na zabitych dziurami wioskach. Nie to jednak było powodem mojego nagłego odcięcia się zupełnie i natychmiastowo od “Ingress”.
     Spojrzałem na siebie przez pryzmat miesiąca. (Aha ... Wspominałem, że mam rodzinę ? Tak ? Cieszę się, że się rozumiemy. ) Co dzień to samo, co wieczór byle jak najszybciej wyjść na rower i po powrocie jeszcze dobra godzina z mapą Intel spędzona na planowaniu kolejnych pól. Gdzieś głos z tyłu głowy namolnie usiłował mi wmówić, że rodzina zaczyna mi przeszkadzać w graniu. Fakt faktem, wiele razy, musiałem przerwać moje nocne POLOwania, jak ja to nazywałem, ze względu na telefon od osamotnionej żony - wkurw totalny - znowu marudzi, dupę truje. Co prawda na dalsze wypady jeździła wespół ze mną, ale kiedy robiłem robotę na mieście, nie mieściło mi się w głowie, żeby ją zabrać ze sobą. Po co? Chcesz wyjść kobieto, to wyjdź, idź na miasto. Nie wpierdalaj mi się w “życie”. Dzieciaki ? Pewnie, że chciałyby z ojcem wyjść. W poprzednią Niedzielę po kościele zabrałem ich owszem ze sobą. Spędziliśmy ze sobą niemal cały dzień. Ale zapewne dzieciakom przeszkadzał Ingress, a Ingressowi dzieciaki. Nie da się inaczej. I właśnie owej Niedzieli, kiedy moja małżonka nareszcie odpoczęła po nocnej zmianie. Zawiozłem dzieciaki do domu, z ulgą, że wreszcie mogę dokończyć zaplanowany “trójkąt”, którym miałem zakryć cały Sieradz. Zabrałem się do dzieła i... nie dokończyłem. Będąc na przedostatnim przystanku do ukończenia trójkąta ... dostałem telefon. FUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU.....
     We Wtorek, po służbie pożegnałem się ostatecznie z grą, która odniosłem wrażenie zaczęła grać mną. Poniedziałkowe przemyślenia na służbie były jednoznaczne. To bez sensu, niebiescy i tak zaraz wjadą i rozpieprzą w perzynę to co zrobiłem. (Co też się stało. W poniedziałek po południu odbył się mały nalot na Sieradz. I cały plan diabli wzięli). Toteż wszystkie itemy i klucze które udało mi się przez ponad miesiąc zdobyć trafiły do Karoliny i Tomka, a całą resztę rezonatorów, które zostały mi w plecaku rozrzuciłem po chodniku na drodze wiodącej do portalu, który mieścił się na cmentarnym kościółku. I w ten oto sposób pochowałem swoją postać i niech już tam pozostanie. Amen.

P.S. Z tego miejsca pragnę podziękować Carrie Rooster za to, że była dla mnie niemal jak siostra podczas grania w Ingress i również za to, że dzięki niej poznałem łódzką ekipę i zdobyłem sporo wiedzy. Jeszcze raz Carrie wielkie dzięki za grę i ogromne pozdro.
« Ostatnia zmiana: Maj 12, 2016, 15:09:26 wysłana przez Qurek »

Odp: INGRESS (Android, iOS)
« Odpowiedź #1 dnia: Maj 18, 2016, 10:58:26 »
Ładna historia.

Dzięki Ingress poznałem wiele fajnych miejscówek za granicą Polszy, których nie ma w żadnych przewodnikach. Dzielnice ze sklepikami komiksowymi, piekielnie wielkie i ładne graffiti w dzielnicach przemysłowych itp. A nawet i znane zabytki i sławne znajdki miejskie łatwiej znaleźć, bo nie trzeba być przygotowanym do zwiedzania. Spacerujesz sobie, włączasz skaner i gra sama cię kieruje do fajniejszych miejsc tuż obok ciebie.

Ale ta gra jest zdecydowanie na chwile samotności, gdzieś z dala od znajomych. Moja czerwona lampka nr. 1 to powrót z roboty, który przedłużał się o godzinę, albo i lepiej. Potem na spacerze, czy w drodze na zakupy niby rozmawiasz, ale i tak trzymasz rękę na telefonie i czekasz, kilkadziesiąt kroków, żeby odświeżyć skaner. Nie korzystam z telefonu wcale, jeśli jestem w towarzystwie, nie ruszają mnie fejsy, ani SMSy, jeśli z kimś rozmawiam. A tu nagle zonk, bo dziewczę zwraca mi uwagę, żem cham i prostak i siedzę w grze. Wiedz, że coś się dzieje.

Zrobiłem sobie dłuższą przerwę (kilku miesięczną) i wróciłem do gry, ale z dużo większym dystansem. Bo takie mmo nie mają innego celu jak utrzymanie graczy przy grze. W sensie, że nie wygrasz w niej, ani nie przegrasz. Klepanie poziomu, ani dominacja w terenie nie ma kompletnie sensu, bo jeśli wygrywasz to nie masz z kim grać ;)

Kiedy tłumaczyłem kiedyś (już na chłodno) żonie o co w tej grze chodzi. Zapytała się właśnie o cel, którego konkretnie nie ma, o sens stawania się silniejszym, skoro odznaczenia za jedyną wartościową rzecz (zwiedzanie) otrzymuje się niezależnie od wykoksania konta.
- No i widzisz mniej więcej po pozajmowanych portalach kto gdzie łazi. U nas w okolicy grasuje ten i tamten..
- I co, chodzisz i oznaczasz sobie te miejsca tylko?
- No generalnie tak, orientujesz się towarzysko, tworzysz swoje pola...
- Jak psy?
I to porównanie było dość uderzające, bo faktycznie bardzo przypomina komunikację zwierząt. Nie możesz zostawić notki w danym miejscu tylko osikujesz te portale. Możesz owszem zrobić to większym lub mniejszym strumieniem, ale to tak de facto głównie oznaczanie terenu i cieszenie się, że kolega też poprawił.

Instaluję Ingress, kiedy jestem na odludziu towarzyskim, przestałem klepać w pracy i w drodze do domu. W takim wydaniu ta gra mi się podoba;)