Tiny Toon Adventures
*

Offline Gargi

  • **
  • 68
    • Zobacz profil
Tiny Toon Adventures
« dnia: Luty 05, 2016, 14:08:57 »
Tiny Toon Adventures [1991]


Tiny Toon Adventures potocznie nazywana w Polsce Animkami to gra, która zajmuje jedno z czołowych jak nie pierwsze miejsce w moim rankingu gier na Pegasusa. W dalszej części recenzji postaram się wytłumaczyć, dlaczego tak lubię tę grę i zachęcić do zagrania te osoby, które jeszcze nie miały takiej okazji.

Gra wydana przez KONAMI nawiązuje do znanej i bardzo zabawnej kreskówki o podobnym tytule. Postacie w grze bardzo dobrze odzwierciedlają te z filmu rysunkowego. Sam klimat także świetnie nawiązuje do wesołego i trochę zwariowanego świata Animków.

   

Na początku główny bohater Buster Bunny  (królik Kinio) oglądając telewizję dowiaduje się, że czarny charakter Montana Max porwał jego Babs (Kinię). No i co on ma teraz zrobić? Hmm... Oczywiście musi ją uratować! No to ruszamy! 

Przed każdym dużym levelem wybieramy swojego partnera, a właściwie postać, w którą możemy się przeobrazić, jeśli znajdziemy odpowiedni balonik. W każdym dużym levelu możemy wybrać jedną z trzech postaci: kaczora  Tasiora, kota Sylwka Juniora i Diabła Karuzela bardziej znanego jako Diabła Tasmańskiego. Każda z nich ma inne umiejętności co pozwala na obranie innej strategii i sposobu gry bohaterem. Dla przykładu Tasior umie tak jakby latać, a właściwie dzięki swoim skrzydłom dłużej opada, kotek Sylwek szybko biega, a przede wszystkim dzięki pazurkom potrafi się wspinać co niejednokrotnie ratuje nas z opresji gdy gdzieś spadamy. Diabeł natomiast gdy tylko zaczyna się kręcić pokonuje liczne przeszkody w tym przeciwników co bardzo pomaga w sytuacjach gdy na naszej drodze stanie ich kilku.

Podczas gry przemierzamy piękne, kolorowe i zróżnicowane światy. Biegniemy po lądzie, schodzimy pod ziemię, niejednokrotnie pniemy się także wysoko w górę planszy, a w jednym z etapów nasz bohater może też pływać pod wodą. Są miejsca zabawne i przyjemne w których jest jasno i gra miła muzyka. Jednak co jakiś czas robi się strasznie gdy wchodzimy do ciemnych miejsc, często pod ziemią, a klimat potęguje budująca napięcie tajemnicza melodia. Oczywiście na każdym kroku czekają na nas różne przeszkody i rozmaici przeciwnicy przeszkadzający w szybkim uratowaniu Kini.

   

W czasie rozgrywki napotykamy bossów, którzy wymagają zwykle trochę więcej pracy i znalezienia sposobu na ich przejście. Dodatkowo chwilę przed każdym bossem napotykamy Elmirkę, która za wszelką cenę chce nas wyściskać. Elmirka kocha zwierzęta tak bardzo, że gdy tylko nasz bohater wpadnie w jej ręce gorzko tego żałuje.

Gdy przechodziłem Animki pierwszy raz były one dla mnie nie lada wyzwaniem. W czasach kiedy w nie grałem na szczęście przechodzenie gier nie było takie proste jak dziś. Nie było YouTube w którym aż roi się od long playów. Wtedy nawet nie było Internetu:), a nawet jeśli był, to ani ja ani żaden z moich kolegów pewnie nie potrafił go sobie dobrze wyobrazić. Kwitły za to wspólne rozmowy o grach i przeważnie w szkole konsultowaliśmy jak przejść dany etap. Pamiętam, że właśnie planszę z czarownicami i pierwszego bossa w Tiny Toon przeszedłem dzięki radom kolegi Jorgusia, który już wtedy miał go za sobą. Kolejny raz gdy już myślałem, że nie uda mi się przejść małpy zrzucającej małe małpki kolega znów przekonał mnie, że się da i rzeczywiście udało się. Animków nie przeszedłem jednak w szkole podstawowej w czasie gdy tak naprawdę najwięcej czasu poświęcałem na grę. Czekały jeszcze parę lat do czasów liceum (okolice roku 2000), kiedy to poczułem ogromną chęć na odpalenie Pegaza. I odpaliłem z wielką pompą, bo po paru godzinach naparzania spalił się zasilacz. Jednak nie poddałem się! Od kolegi z klasy kupiłem wspaniały sprzęt, oryginalnego IQ502. Pewnego dnia nie wstając z łóżka uruchomiłem na chwilę Animki. Miałem trochę pograć i iść do szkoły. Na szczęście jednak nie poszedłem i grając non stop od rana do około godziny 16.00 zostałem zwycięzcą! Przeszedłem!!! To było piękne, ciężkie do opisania uczucie. W każdym razie tak wspaniałe, że polecam każdemu go doznać!

« Ostatnia zmiana: Luty 05, 2016, 15:12:17 wysłana przez daf »

*

Offline daf

  • *****
  • 1104
    • Zobacz profil
Odp: Tinny Toon Adventures
« Odpowiedź #1 dnia: Luty 05, 2016, 15:02:07 »
Uwielbiam takie właśnie historie z dzieciństwa, Gargi, mocno nacechowane emocjonalnie i wspominające te wspaniałe czasy, gdy mogliśmy usiąść przy konsoli i nic innego wokół nie miało większego znaczenia.


Ja również bardzo lubię tę grę i pamiętam moment, w którym kolega przyszedł do mnie z tym kartridżem (okolice II-III klasy podstawówki, czyli tak 1996-97). Gra zrobiła całkiem spore wrażenie, a z czasem była już bardzo popularna na podwórku i w okolicy. Dużo się o niej mówiło, wiele osób ją posiadało.

Nie pamiętam za to, żeby udało mi się przejść Tiny Toon na konsoli, gra jest całkiem trudna. Głównie przez brak jakiegokolwiek paska czy punktów energii (no, jest jedno serce do wykorzystania, ale to mało). Prawdziwą katorgą był początek czwartego etapu, gdzie unikać trzeba było kotów wychodzących z opon i rzucających w nas puszkami. Dodatkowo były tam jeszcze beczki, na których chyba nie można było stawać. No prawdziwe pole minowe.
O dziwo, małpa nie stanowiła dla mnie większego wyzwania. Owszem, był to nieprzyjemny boss, na którego trzeba było wyrobić sobie taktykę, jednak poszło mi chyba całkiem sprawnie. W zasadzie nie rozumiem tak wielu opinii o problemach z tym bossem.

Z ciekawostek można jeszcze wspomnieć o występującym w grze ukrytym bossie, czyli o Duck Vaderze. Pamiętam to zdziwienie, gdy pojawił się mi po raz pierwszy - "Ej, przecież tego tu nie było!". Później człowiek dowiedział się z GameFaqs, że trzeba zdobyć ilość marchewek podzielną przez 11. Fajny smaczek, ale w końcu to Konami, więc jak zawsze gra kompletna w pełni.


*

Zitz

Odp: Tiny Toon Adventures
« Odpowiedź #2 dnia: Luty 07, 2016, 00:12:57 »
To był mój pierwszy wymarzony kartridż jaki chciałem mieć. Po raz pierwszy zobaczyłem go u kolegi. Odpalił go trochę zglitchowanego bo pojawiały się artefakty na ekranie, dlatego myślałem na początku że myszy nie tylko chodzą ale mają kule na łańcuchach którymi machają (glitche+bujna wyobraźnia).  Opisywałem we wspomnieniach czym był dla mnie ten kardridż. Kreskówka też zrobiła swoje. Problemy miałem w grze kolejno:
1) statek piracki (plansza pod pokładem) - małe
2) level 3-2 czyli las (chyba największe)
3) level 4-1 czyli miasto (duże)
4) level 4-3 (duże) - głównie boss+fakt że zostawało mi na jego pokonanie zawsze mało czasu
5) ostatni level - głównie ślizgi pod kolcami+ochroniarze (spore)
Jednakże spędziłem z tą grą dużo czasu że później przechodziłem ją na luzie okazyjnie tylko tracąc życia. Na Famiconie#7 nie starczyło mi cierpliwości przy ostatnim bossie (konieczność powtarzania levelu). Wolałem się za to zmierzyć z hackiem Dizziego9.
Co do pojawiania się Kaczora Vadera - jako dzieciak sądziłem że pojawia się on zależnie od ilości punktów. Jeden ze smaczków które najmilej wspominam.
P.S. Po tej świetnej części każdy na podwórku psioczył na sequel.

*

SebaSan1981

Odp: Tiny Toon Adventures
« Odpowiedź #3 dnia: Luty 09, 2016, 05:22:44 »
Ano właśnie.. jaką postać wybieraliście do ostatniego etapu?? I ogólnie kim Wam się grało najlepiej?? Każda z postaci miała przecież inne skille i była tak jakby przeznaczona do określonych etapów.  Szliście zatem "za przeznaczeniem" tej postaci do etapu czy kombinowaliście z innymi??

Odp: Tiny Toon Adventures
« Odpowiedź #4 dnia: Luty 09, 2016, 10:41:19 »
Ja zawsze wybieralem KOTa. Zabezpieczenie w postaci chodzenia po pionowych scianach bylo genialne. Ale etap wodny wiadomo - Kaczor.
« Ostatnia zmiana: Luty 09, 2016, 14:18:43 wysłana przez siudym »

*

Offline daf

  • *****
  • 1104
    • Zobacz profil
Odp: Tiny Toon Adventures
« Odpowiedź #5 dnia: Luty 09, 2016, 11:14:56 »
Miałem identycznie, Siudym. Te same kombinacje. Zawsze unikałem Tasmańskiego z powodu braku możliwości sprintu nim.

*

Zitz

Odp: Tiny Toon Adventures
« Odpowiedź #6 dnia: Luty 09, 2016, 14:58:44 »
To była jedna z moich pierwszych gier, a na początku ciężko było mi przeskoczyć z prostego jak budowa cepa kontrolera Atari2600 do pada Pegasusa. Wystarczy wspomnieć, że bieg w Mario sprawiał mi trudności. Oczywiście wybierałem Karuzela (Dizzy Devil). Wiadomo, nieśmiertelność. A brak biegu mi nie przeszkadzał, bo i tak bym z tej umiejętności nie korzystał.
Jednakże gdy opanowałem sterowanie najlepiej też grało mi się kotem. Czemu -  nie trzeba tłumaczyć. Czasami wybierałem Tasiora (Plucky Duck) - głównie dla urozmaicenia rozgrywki, ale i oprócz pływania jego latanie dobrze sprawdzało się przy bossach (skok na głowę, odbicie, szybowanie, skok na głowę... i boss leżał w ciągu 5 sekund). No ale to sprawdzało się przy bossach przy których najmniej akurat miałem problemów.
Reasumując: Po opanowaniu sterowania najgorzej grało mi się Karuzelem ze względu na brak turbo. Jeśli chodzi o ostatni etap to w zasadzie przechodziłem go albo kotem albo (mimo wszystko) diabłem. Umiejętność szybowania Tasiora w niczym mi się za bardzo nie przydawała w tym lewelu (gdyby w sekcji gdzie trzeba omijać wystrzeliwane worki z pieniędzmi platforma opadała (nie zaś się wznosiła) - byłaby to inna para kaloszy. Tasiorem najbardziej lubiłem grać dla śmiechu (umiejętność pieprznięcia z impetem w ścianę)
« Ostatnia zmiana: Luty 09, 2016, 15:03:39 wysłana przez Zitz »

*

SebaSan1981

Odp: Tiny Toon Adventures
« Odpowiedź #7 dnia: Luty 10, 2016, 04:53:43 »
A ja na ostatni etap zawsze brałem Tazowskiego. Kolce w korytarzach i te worki podczas jazdy windą to był banał: raz kręciołek, potem kucnąć i podskoczyć. Maksio wymagał nieco więcej gimnastyki ale też padał za każdym razem. Taz nie nadawał się do etapu Wacky Land gdzie trzeba było te ptaszki zbierać. Nieocenionym bohaterem był tam kaczor ptasior. Kocisko zaś doskonały na etap z budynkiem i bossem małpiszonem.
Szkoda tylko że na pegazuz nie wyszła jakaś porządna gra sportowa z animkami. Niby było wesołe miasteczko w drugiej części ale to nadal nie było to co część pierwsza. Takiej zajebiaszczej gry doczekaliśmy się dopiero na Snesie - Looney Tunes Basketball.

*

Zitz

Odp: Tiny Toon Adventures
« Odpowiedź #8 dnia: Luty 10, 2016, 11:28:35 »
Sebasan, w zasadzie w 100% myślę tak samo i podpisuje się pod tym co napisałeś. Jestem przekonany że po raz pierwszy pokonałem grę Karuzelem właśnie. BTW. Nigdy nie pokonałem gry w 100% Kiniem (królik). I szczerze mówiąc nie wiem czy bym pokonał lub też starczyło by mi cierpliwości (słabo widzę levele 3-2, 4-1, 4-3 i sekcję z armatami w ostatnim levelu).
Loney Tunes Basketball wymiata.

*

Offline Gargi

  • **
  • 68
    • Zobacz profil
Odp: Tiny Toon Adventures
« Odpowiedź #9 dnia: Luty 23, 2016, 00:09:04 »
U mnie na 1 miejscu był Sylwek, potem Diabeł (lubiłem go szczególnie w etapie z pszczołami) i na końcu Tasior. Ciężko mi się nim grało, chociaż kojarzę, że w końcowych etapach przydał się.

*

Offline dziat

  • *****
  • 983
    • Zobacz profil
Odp: Tiny Toon Adventures
« Odpowiedź #10 dnia: Luty 23, 2016, 02:18:12 »
Podobało mi się zawsze granie dwoma postaciami na zmianę - zawsze bazowo był zając co-kic-to-kloc i Ptasior albo kocur. Przez to często nie wyrabiałem się w wyznaczonym czasie - bo badałem poziomy. Była jakaś gra wcześniej która dwie postacie naraz wykorzystywała?

*

Offline Roben

  • Kraniarz
  • *****
  • 668
    • Zobacz profil
Odp: Tiny Toon Adventures
« Odpowiedź #11 dnia: Luty 24, 2016, 17:27:59 »
Prawilna wersja

*

Offline PegazusMaster

  • **
  • 47
  • 2000 begin of tworzywogropodobne taśmology
    • Zobacz profil
Odp: Tiny Toon Adventures
« Odpowiedź #12 dnia: Marzec 24, 2016, 00:39:31 »
Tiny Toon. Gra dość mocno uzależniająca. Jak dla mnie jedyna, która daje wrażenia rozgrywki przypominające te z SNESOWEGO Super Mario World. 
Pierwszy etap w zamkniętej lokacji przypomina bardzo mocno domy duchów z SMW, ale podobnie robi to także sekcja z pływaniem i standardowe etapy. W dalszej części nie brak jednak własnych pomysłów, których nie było w SMW.

Rewelacyjnie zrealizowali klimat za pomocą połączenia zwariowanych melodycznych ścieżek, oraz zwariowanych animacji spajając to  z pomysłami z SMW i kreskówki TINY TOON.  Jedyne czego w tej grze brakuje to tak naprawdę większej ilości etapów i ukrytych lokacji. SMW jej odpowiednik wystarcza na wiele godzin grania - do odkrycia jest mnóstwo lokacji i sekretów i nadal po przejściu można grać od nowa i odkryć jeszcze więcej. Tiny Toon ukończyć można naprawdę szybko, a do odkrycia za wiele nie ma. Gra dzięki ukrytym sekcjom i większej ilości etapów mogła by starczyć na dłużej i zyskać to co posiada SMW - żywotność i niespodzianki. Ogólnie TT rewelacja - szczególnie w dalszych lokacjach.  W gierkę grałem mnóstwo razy. Gra była bardzo ciężka w końcowych etapach (miasto) i przejście jej graniczyło z cudem, ale się udało. Pierwszy raz ukończyłem ją jeszcze przed 2000 rokiem -  do dziś nie zapomniałem uczucia kiedy udało mi się przejść najtrudniejszą sekcję gry czyli etap w mieście. Całe ręce mi drżały - gdyż to było prawie jak wykonanie misji niemożliwej.  Od tamtego zdarzenia przeszedłem ją jeszcze kilka razy i nie robiła już na mnie takiego wrażenia - natomiast do SMW na snes nadal chętnie wracam, aby odkryć coś nowego. Moja ulubiona postać -Kot i Tazman.
« Ostatnia zmiana: Marzec 24, 2016, 00:47:05 wysłana przez PegazusMaster »
Regulamin - §21