Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Wiadomości - Qurek

Strony: 1 ... 12 13 [14] 15
196
Opisy i recenzje gier / Odp: Silk Worm
« dnia: Listopad 11, 2015, 18:03:42 »
Wiesz jak rozbijaja się bonusy?

Wielokrotnie w czasie grania, napotyka się na tzw. "MH Snakehead". Jest to śmigłowiec, który powstaje po połączeniu się czterech mniejszych śmigłowców. Myk jest taki, że jeżeli uda się graczowi zestrzelić go przed jego "złożeniem się w całość" - strzelając w ten jeden z czterech śmigłowców o innym kolorze - wówczas wypadają z niego dwa bonusy (o bonusach nieco później). Jeżeli zdąży się poskładać przed zestrzeleniem, wówczas wypada tylko jeden. Jest to jeden ze sposobów, w jaki można otrzymać bonusy. Drugi pojawia się bodajże przy okazji ubijania 4 bossa. Podczas walki z nim, dwa niewidoczne bonusy - warte sporo punktów - lewitują sobie i stają się widoczne dopiero, gdy jeden z naszych pocisków trafi w któryś z nich. W każdym razie, jeden napewno jest dedykowany dla śmigłowca, gdyż lewituje zbyt wysoko, aby doskoczyć do niego policyjno suko. Drugi zaś z kolei lewituje na pułapie nieosiągalnym dla śmigłowca.

W głowie mi telepie ze po zdobyciu trzech żyć to idzie jakimś bardziej skomplikowanym algorytmem.

Niby manual twierdzi, że za każde 50,000 punktów otrzymuje się nowe życie, ale z tego co zauważyłem, to tak się wcale nie dzieje. Owszem, pierwsze życie otrzymujemy po osiągnięciu 50,000 punktów, ale każde następne (udało mi się zdobyć w czasie jednej kontynuacji, chyba maksymalnie 4) uzyskujemy po osiągnięciu naprawdę sporego wyniku. Z tego co pamiętam, to napewno dochodzi dodatkowe życie za zdobycie wcześniej już wspomnianego "ukrytego" bonusa, który znacznie podkręca nam licznik. Za chwilę zresztą odpalę grę i postaram się dojść jak najdalej, aby uszczegółowić moją wypowiedź.

Tak samo jest zresztą ze zmianą pagonów. Tak myślę, może zwyczajnie kwestia w tym, że my czegoś istotnego o Silk Wormie jeszcze nie wiemy?

Pagonów do zdobycia w grze jest sztuk trzy. Zaczynamy od stopnia chorążego "ensign". Kolejne to porucznik "lieutenant", dowódca "commander" - (nie mylić z komandorem, bo ten jest odpowiednikiem pułkownika w marynarce wojennej i brzmi tak samo, ale awans z komandora na kapitana byłby degradacją - sorry za mały offtop związany z moim małym zboczeniem zawodowym) i ostatni z nich to kapitan "captain" - wspomniana przeze mnie wielka papuga. Na każdy pagon z w/w musi trafić 5 belek, aby otrzymać awans, a z kolei belki otrzymujemy za zdobycie bonusa - do opisu których przechodzę w sposób płynny.

"Twin Sphere" - zebranie tego bonusa pozwala na dwutorowe prowadzenie ognia - w linii horyzontalnej oraz po skosie;
"Turbo Card" - sprawia, że zostają przyspieszone ruchy prowadzonej maszyny zwiększając jego manewrowość;
"Bonus Pod" - dodaje kolejną belkę i 10,000 punktów;
Każde z powyższych bonusów występuje po sobie po kolei tzn. że nie mając upgradeów w postaci Twin Sphere oraz Turbo Card nie dostaniemy Bonus Pod'a.
"Eagle Emblem" - Dodaje 100,000 punktów (wg manuala występuje czasami na planszy 4, lub 5, ale z tego co zaobserwowałem to manual jest pełen błędów i napisany po chu*u. Albo ja po chu*u pamiętam ??? ?)
"Condor Emblem" - legenda głosi, że daje 500,000 punktów, ale trzeba mieć Condor Badge (chodzi zapewne o wielko papugie).

P.S. Za tego "pisanegonakolanie" manuala, komuś powinni amputować suty. >:(

197
Opisy i recenzje gier / Odp: Silk Worm
« dnia: Listopad 11, 2015, 13:39:36 »
Cieszę się dziatku, że to właśnie Ty zasiałeś ziarno nadziei na położenie tego tytułu. Po cichu zresztą liczyłem, że odezwiesz się, gdyż doskonale pamiętam twoje wpisy na ten temat i doskonale pamiętam jak bardzo hołubiłeś niegdyś helikopter. Sądzę, że stworzymy całkiem niezły duet. Szkoda tylko, że nie online.

198
Opisy i recenzje gier / Castlevania
« dnia: Listopad 09, 2015, 22:53:47 »
Tekst pochodzi z 2012 roku ... - Ehhh, wiem śmierdzi Wam mitomanią. Czuję ten Wasz oddech na plecach i głos który mówi: "Napisz coś nowego, a nie wrzucasz stare spleśniałe teksty." Oka, obiecuję, że tak będzie. Wyselekcjonuję tylko to co warto, bo to jakby nie było kawał mojej pracy.


Witam serdecznie moi kochani. Dzisiejszą noc zachciało mi się spędzić samotnie z moim NES'em i za cel obrałem sobie w końcu przejście tej cholernej Cvani pierwszej. Cóż, mogę powiedzieć, że dopiąłem swego (w końcu) i podołałem zadaniu. Z racji tego chciałem podzielić się moją refleksją. Poczynając od szaty graficznej to moim skromnym zdaniem kawał piekielnie dobrej roboty. Klarowność i przejrzystość wszelkich obiektów nie pozwala na popełnienie nieoczekiwanego błędu, o który nietrudno zresztą. Poza tym bardzo ciekawie i klimatycznie zaprojektowane lokacje sprawiają, że z ekranu nie wieje nudą. Pomimo upływu 25 lat nadal można wczuć się w fajny gotycki klimat. Od strony dźwiękowej również nic do zarzucenia. Melodie wyśmienicie skomponowane i słucha się ich z niekłamaną przyjemnością, natomiast reszta odgłosów nie drażni uszu. Co do samego sterowania oraz poziomu trudności to już niestety nie same superlatywy. Przede wszystkim drażni pewna "sztywność" bohatera. W momencie otrzymania obrażeń (nie w momencie wchodzenia, lub schodzenia po schodach) nasz bohater robi automatyczny odskok, co w momencie przebywania nad przepaścią bardzo, ale to bardzo często irytuje. Dodajmy do tego wszystkiego jeszcze znalezienie się w krzyżowym ogniu medusa's head i mamy syndrom lekkiego kołatania prawego przedsionka, czyli już nie irytacja, a zwyczajne wkurwienie. Druga sprawa to totalne uzależnienie od święconej wody, która nie dość, że kosztuje tylko jednostkę energii (gromadzonej podczas zbierania serc), unieruchamia każdego oponenta i zadaje obrażenia przez kilka sekund. Chyba każdy nie jeden raz poczuł sporą konsternację podmieniając sobie (zupełnie przez przypadek) wodę święconą na inny item, który szczerze powiedziawszy jest ch..a wart. Potrójne k.wa mać zapewne objawiło się niektórym posiadającym tabliczkę z napisem III, która pozwala wyrzuć 3 butelki w jednym czasie. Konkludując wywód na temat święconej wody powiem wprost (Bez niej nie dałem rady już przy czwartym bossie tj Frankenstein z tym skaczącym garbatym cwelem, a i nawet trzeci tj. dwie mumie, dawały się we znaki. Z nią nawet ostatni boss nie stanowi większego problemu). Tak więc wszystkim, którzy jeszcze nie skończyli, bądź nie grali wcale w Castlevanie, radzę "czcić wodę święconą, jako przenajświętszy sakrament egzystencji i zważać na każdy rozbity przez Was kandelabr, gdyż drzemać może w nim ziarno nieprawości i zepsucia" czytaj podmieni Ci wodę na ch.a warty sztylet. Tyle moi drodzy. Dzięki za przeczytanie. Moja ocena 8/10 za dwa wyżej przytoczone mankamenty.

P.S. Dobrze, że twórcy gry okazali się nieco wspaniałomyślni i w ostatnim epizodzie, w momencie dotarcia do Draculi nie musimy już pokonywać całego, nie do końca łatwego do przebycia poziomu, po użyciu opcji Continue. Zaczynamy od miejsca przed samym bossem, co nie ma miejsca w przypadku poprzednich etapów. I na koniec taka ciekawostka wynikająca z powstałego prawdopodobnie błędu. Mianowicie zaczynając grę do czasu pierwszej utraty życia nie było muzyki. Wszelkie dźwięki otoczenia były słyszalne poza melodią. Spowodowało to dość ciekawy efekt dreszczyku potęgujący poczucie osamotnienia podczas przemierzania starego zamczyska.

199
Opisy i recenzje gier / 720°
« dnia: Listopad 09, 2015, 22:40:22 »
Tekst wraz z komentarzem pochodzą z 2006 roku.


"- Kto Ty jesteś ??
- Laska.
- Ej stary jak Ty zamawiałeś te panienki ??
- To jest Laska, syn mojego wujka on tu mieszka.
- A co, macie ciche dni ?? Nie zapytasz co u niego ??
- To samo. Jeździ na desce i pali jointy..."

I tym sławnym i znanym przez wielu Was cytatem rozpocznę kolejną przygodę w pisanie recenzji. Cytat wybrany nie bez przyczyny, bowiem tekst z ostatniej linijki obrazuje nam bardzo silnie grę pt. "720°".
    Tym razem zabawię się nieco w nauczyciela J. Polskiego (wyjmujemy karteczki). Podzielmy zatem ostatnie zdanie z przytoczonego cytatu na dwa człony. Pierwszy z nich to "Jeździ na desce...". Pytanie. Kto ? No oczywiście główny bohater którego będziemy mieli nieprzyjemność (ehh.. znów niestety muszę użyć tego słowa) prowadzić. Nie myślcie od razu, że gra polega na tym, iż bawimy się w stażystę stolarza pobierającego praktyki u majstra, o nie nie, heblowania desek w tej grze nie uraczymy (choć jak się później okaże, szkoda). Słowo deska w naszym przypadku opisuje bezsilnikowy pojazd, poruszany jedynie siłą mięśni użytkownika tzw. "deskorolkę". Temat naleciały do nas wielką falą zza Oceanu Atlantyckiego, mający tam wielu zagorzałych amatorów tzw. skate'ów, sk8tów jak kto woli, (nie mylić z polskimi pseudotaksamosięnazywającymi, którym z prawdziwego skate'a zostało 10%, to zupełnie inna bajeczka jest) słynnych z karkołomnych popisów.
Dodam tylko, iż jednym z najsławniejszych ludzi w tej dziedzinie jest niejaki pan Tony Hawk, który został główną postacią w grze zrobionej specjalnie na Jego licencji, pan Tony użyczył swojego nazwiska, filmików z jego popisami oraz modelem postaci, a gra nazywa się nie inaczej jak Tony Hawk's Pro Skater, i osiągnęła pokaźne rozmiary w sferze seryjności. Sam osobiście miałem przyjemność grać w drugą odsłonę tej gry na PC, i muszę przyznać, iż jest ciekawą odskocznią od tego w co można grać zwykle. Dla zainteresowanych dodam jeszcze aby pokusili się o filmy z serii "Jackass" lub serie znane z MTV "CKY" czyli "Camp Kill Yourself" (jedno i drugie należy do jednej parafii).
    No ale rozpisaliśmy się, a odbiegliśmy nieco od tematu, została nam bowiem druga część zdania z omawianego przez nas cytatu. Mianowicie "... pali jointy". Kto ? No oczywiście panowie programiści którzy stworzyli ów projekt pod nazwą "720°". A dlaczego tak uważam ? Postaram się pokrótce wyjaśnić. Po pierwsze Cannabis, Marijuana, Trawa, Zielone, czy jak tam sobie ktoś to nazywa, powoduje u człowieka przeróżne halucynacje, od wzrokowych poprzez słuchowe, i ogólnie atakujące wszystkie zmysły człowieka (oczywiście kiedy się ją wypali, ale tego chyba nie muszę tłumaczyć. Nie muszę??).
    Patrząc na grafikę w owej grze, nie mogłem się oprzeć stwierdzeniu, że jest to niechlujny zlepek barw. Połowa obiektów widzianych na ekranie jest (przynajmniej dla mnie) negatywem, i ogólnie całe wykonanie graficzne jest jednym wielkim oczojebnym kiczem. Aczkolwiek nikt nie powiedział, że kicz nie ma swoich amatorów. Po drugie muzyka, choć na troszkę lepszym poziomie od grafiki, również zakrawa na to, że potencjalni wykonawcy byli ubakani po plecy. Bit "bum cyk cyk", przeplatany z jakąś tam cyklicznie zapętloną melodią graną co takt o dwa dwa tony niżej, i gdzieniegdzie połamany podział wybijający z rytmu, powodujący jak ja to nazywam "sraczkę". Ale ogólnie jest O.K.
    SSSSSSssssssssssssssss ................ (ekhe ekhe khe khe tfu). Jedziemy dalej . Po trzecie, hyhyhy, humor sytuacyjny HAHAHA!! w postaci celu, przeznaczenia gry, pffffff... khekhekhe haha, ojeja aż się popłakałem. Grywalność = śmiech (nawet bez THC we krwi). Gra daje nam możliwość zrobienia kick flipa (czy jak to się tam nazywa). Nic poza tym. No nie, może troszkę przesadziłem, mamy jeszcze możliwość wzięcia udziału w czterech konkurencjach. Mianowicie "skoków na rampie", "zjazdu na desce w dół", "slalomu" oraz "zjazdu w dół w połączeniu ze skokami".
    Cztery etapy i graj se w to do upalonej śmierci. Żenada. Ze wszystkich opisywanych przeze mnie crapów ten jest chyba największy. Dodam na sam koniec tej mizerii jeszcze, Po czwarte: "720°", cóż to ma znaczyć do diabła ? Czy ta liczba oznacza sumaryczną liczbę stopni Celsjusza u wszystkich zaangażowanych w ten projekt po zmierzeniu im gorączki ?? Czy może celem gry jest wykonanie flipa w którym obrócimy się dookoła własnej osi 4 razy ?? Tak czy owak. Nawet nie próbujcie i proszę z dala od tego tytułu.

Pozwoliłem sobie z tego miejsca zawrzeć bezcenny komentarz imć aboabo.

Grafika nie jest wcale taka zla ;] to co jest tragiczne tutaj to dobor kolorów. Moim zdaniem tworcy nie palili jointów, lecz pili nieświezego szampana.

200
Opisy i recenzje gier / '89 Dennou Kyuusei Uranai
« dnia: Listopad 09, 2015, 22:19:41 »
Na specjalne życzenie Koksa, który ubolewał nad tym, że owy zapis gdzieś zaginął.


Październik 21, 2006, 15:47:02

    Długo szukałem informacji na temat tego programu, niestety poza dwoma screenami z pudełka oraz info o wydawcy i producencie - sza na całej sieci. Dziś jestem na 98% przekonany, iż jest to nic innego jak horoskop chiński (edit 09.11.2015 - a może japoński, kto wie ?) w wersji elektronicznej, albowiem po odpaleniu programu nie można zrobić nic oprócz wpisania daty (najprawdopodobniej urodzin), a później już tylko mamy opcje do wyboru apropo tego co chcemy się dowiedzieć o sobie, a nawet wydaje mi się, że jest tam opcja w której możemy sobie porównać jak żylibyśmy w połączeniu z inną osobą. W sumie fajny program i polecam go wszystkim. Istnieje tylko jeden mały mankament, nie znając języka chińskiego (edit 09.11.2015 - a może japońskiego, kto wie ?), tak naprawdę gówno nam po nim . A oto screen, do którego po omacku doszedłem. Nie powiem, ale zastanawiają mnie ci dwaj całujący się mężczyźni. Czyżby to była informacja o tym, że ktoś jest gejem ??


Maj 16, 2009, 22:34:00

W sumie - mógłby znaleźć się na proporcach gejowskich szwancparad wolności (edit 09.11.2015 albo kucykowym Hyde Parku). W sumie może by tak zdobyć ten kartridż i przesłać w żarcie do kancelarii "Młodzieży wszechpolskiej"? Albo zróbmy prezent dla dafczynskiego. Zamówmy mu koszulkę z takim nadrukiem. Przy jego trampkach z logo "Dark side of the moon", będzie 100% homoseksualistą. ;)

Sierpień 07, 2013, 15:10:38

Panowie z Google dokonali rzeczy niebywałej. Translator google pozwala teraz, na tłumaczenie pisma odręcznego. Miodzio !!. A oto co udało mi się przetłumaczyć apropo tego programiku.

'89 電脳九星 占い - Den'nō kyūsei uranai (J)
Cyber horoscope fortune-telling (U,E)
Horoskop Cyber Wróżenie (PL)

あなたの生年月日と性別をインプツ卜して下さい - Anata no seinengappi to seibetsu o inputsu boku shite (J)
Please (Inputsu Bok ? pewnie chodzi o input czyli wprowadzenie) sex and date of birth of your (U, E)
Proszę seks Inputsu Bok i datę urodzenia z Twoich (PL) (domyślamy się o co chodzi, wprowadź swoją płeć i datę urodzin).

男,女,年,月,日 - Otoko, on'na,-toshi, tsuki,-bi (J)
Man, woman, year, month, day (U, E)
Mężczyzna, kobieta, rok, miesiąc, dzień (PL)

(Co dziwne sam ten znaczek 男 oznacza człowieka, czyli powiedzenie, że kobieta to nie człowiek musiało wyjść właśnie od skośnookich). Z pełnym szacunkiem dla wszystkich kobiet.
Wklepawszy zatem swoją datę urodzenia 15.08.1984 oraz płeć człowiek sprawdźmy cóż też ten nasz elektroniczny super hiper horoskop nam wydumajet.
あなたの運命の星は - Anata no unmei no hoshi wa (J)
Star of your destiny is (E, U)
Gwiazda swojego przeznaczenia jest (PL)
七赤金星 - Nanasekikinsei
Shichiseki Venus (E,U,PL)
WTF ?? !! przecież to kobiety są z Wenus. Jop Twaju mać.
七赤金星 - Nanasekikinsei
Shichiseki Venus (E,U,PL)
どのデータをご覧になりますか? - Dono dēta o goran ni narimasu ka? (J)
Would you like to see what data? (U,E)
Chcesz zobaczyć, co zawiera? (PL)
ー代運 - ̄ Dai un (J)
Over generations luck (E,U)
Szczęście ponad pokolenia (PL)
(od razu dodaję podkategorie w danym dziale)    
年間運 - Nenkan un (J)
Year luck (E,U)
Szczęście w Roku (PL)
月間運 - Gekkan un (J)
Monthly luck (E,U)
Szczęście w Miesiącu (PL)
日運 - Ni~Tsu un (J)
(Day ?) Date luck (E,U)
szczęście Data (Dzień ?) (PL)
Ostatni hieroglif to jakaś masakra. Jedyne co nie ulega wątpliwości to, że jest to badanie relacji między dwoma osobnikami.
Tak czy owak już przynajmniej wiadomo skąd obrazek z całującymi się facetami. Jeżeli określimy siebie jako faceta i będziemy chcieli sprawdzić jakie będą nasze relacje z facetem otrzymamy właśnie taki obrazek. Nie inaczej jest w przypadku kobiet.


A oto jaki otrzymujemy później komunikat:
たいへん
こ゛めいわくむ
おかけして
おります。

残念ながらら、 この種のデータはただいまのところ
入力さわておりません。

... あしからず

Very
Trouble-free
To apologize
Available to you.

These Unfortunately, this type of data but for now
Are not I entered.

Sorry ...

Jeżeli o mnie chodzi to ja już raczej temat zakończyłem. p***olone Kanji.

Listopad 09, 2015, 22:08:05

Heh z ciekawości sprawdziłem relacje pomiędzy mną a moją żoną. W obu konfiguracjach, tzn. (ja - ona) / (ona - ja) otrzymałem dokładnie tą samą informację.


“Bad Naiyo” kurwa !! 10 lat małżeństwa - a ja dopiero teraz skorzystałem z kitajcowego horoskopu :(.

201
Opisy i recenzje gier / 3-D Battles Of World Runner, The
« dnia: Listopad 09, 2015, 21:40:44 »
Tekst pochodzi z 2006 roku.


   Trójwymiarowe Bitwy (Potyczki, Batalie) Światowego Biegacza (Obieżyświata, Biegacza Po Świecie, Włóczykija, Forresta Gumpa czy innej Weneckiej kur...). Tak oto w polskiej wersji językowej przedstawia nam się tytuł opisywanej przeze mnie gry. Jest to kolejne z dzieci nieistniejącego już (a raczej istniejącego w postaci hybrydy dwóch innych firm) Squaresoftu, wydane przez jakże zacną firmę Acclaim w roku 1987. Tyle tytułem wstępu.
    Niestety nie jest to dla mnie dzieło na miarę sagi Final Fantasy, którą uwielbiam. Jakieś to takie mało wciągające i bez jaja. A dlaczego ? No cóż, jakoś nie dociera do mnie ciągłe parcie do przodu i omijanie kuleczek, piłeczek, wilczych dołów, czy innych słupów srających ogniem. Nuda, do której dołącza dość wysoki poziom trudności spowodowany brakiem kontynuacji. Niby na koniec etapu mamy jakiegoś tam bossa, ale to i tak nie rekompensuje słabej rozgrywki, mało tego nie rekompensuje tego nawet grafika która stoi na bardzo przyzwoitym poziomie, ani też przyjemna muzyka. Owszem grafika jest bardzo płynna i kolorowa, melodie wpadają w ucho, ale nadal to tylko tło.
    Teraz po tak niezbyt przychylnej recenzji, następuje mały zwrot w odczuciach, albowiem pomimo, iż gra jest kiepska jeśli mowa o tzw. miodzie, jest jak najbardziej nowatorska i oryginalna, a to za sprawą takiego małego chwytu który zaserwował posiadaczom Nesa "Kwadratsoft". Do czego zmierzam? Słowo 3D nie znalazło się w tytule bez powodu, ponieważ jest to gra, która z założenia miała przenieść gracza w trójwymiar!
    Być może niektórzy z Was, myśleliście podobnie jak ja, że z pewnością ten trójwymiar odnosi się do specyficznego prowadzenia postaci w pseudoprzestrzeni. Myślałem tak dopóty dopóki przez zupełny przypadek nie nacisnąłem podczas grania klawisza "Select". W pierwszej chwili nasunęła mi się myśl, że to jakiś błąd w emulacji mnie nawiedził. Lecz wpatrując się w to co zobaczyłem przypomniał mi się jeden z patentów, który został wykorzystany ongiś w komiksie z Kaczorem Donaldem. Szperając w internecie na temat gry, znalazłem wreszcie informację, iż gra jest w 100% przystosowana do grania w 3D. Niestety Wy, zapewne jak i ja nie będziecie mieli możności zobaczenia tego zjawiska, a powód jest zupełnie prosty. Brak specjalnych do tego celu okularów.
    Nie da się ukryć, że było to zupełnie nowatorskie rozwiązanie na scenie Nes. Zastanowiła mnie natomiast dziwna sprawa. Dlaczego patent się nie przyjął? Można by pogdybać na ten temat, ale w końcu po chwilowych przemyśleniach doszedłem sam do pewnych wniosków. Przedewszystkim, ktoś nie pomyślał, że granie w okularach o naprawdę krótkiej żywotności, może być nieco niewygodne. Po drugie po co inwestować w coś tak efemerycznego jak papierowe okulary, które w moment zniszczeją po wpływem potu i ciągłego ich eksploatowania. A po trzecie, dlaczego ktoś nie pomyślał, aby grze nadać troszkę więcej polotu i finezji, aby nawet kiedy magiczny przyrząd trafi na smietnik, można było dalej czerpać przyjemność z czegoś w co zainwestowaliśmy. W efekcie powstała gra nowatorska, lecz niestety mało grywalna mimo wszystko. Coś na wzór napędu ZIP w erze CD. Coś innego ale ...  

202
Opisy i recenzje gier / 1943 - The Battle Of Midway
« dnia: Listopad 09, 2015, 21:18:52 »
Tekst pochodzi z 2006 roku.


    1943. Czy może istnieć bardziej wymowny tytuł ? - wiem, wiem gdzieś już o tym czytaliście. Zdecydowanie nie, jeśli podtytuł brzmi "The Battle Of Midway".

Jak się okazuje moje spostrzeżenia dotyczące wcześniejszej części, okazały się być cokolwiek trafne. Nie będę wobec tego po raz kolejny przybliżał historii, którą owiana jest dana gra, gdyż zrobiłem to już - myślę - dość skrupulatnie przy okazji gry “1942”.

Tym razem wydawcą nie jest już Japonia, a programiści z kraju kwitnących hamburgerów. Mimo, iż realia i fakty są tu mocno przekręcone, nie mniej jednak nadal mamy do czynienia z tym samym wrogiem, jak to było w przypadku “1942”. Można z lekkim przymrużeniem oka powiedzieć, że przez małe przeinaczenia historyczne, widać, iż Amerykanie bardziej szanują godność patriotyczną Japończyków, niż oni sami (fikcyjna data bitwy o Midway, czy nazwy poszczególnych jednostek tj. "TOTAKU", "AYAKO", "RIKAKU"). No ale to już pozostawiam ocenie innym.

Historia którą przedstawia nam intro informuje nas o tym iż, w roku 1943 nasze jednostki stoczyły bardzo intensywną bitwę na wybrzeżach wyspy VALHALLA, i że jesteśmy jedyną deską ratunku dla Amerykańskich oddziałów, których wiele poległo w walce z nieprzyjacielem. Nie pozostaje nam nic innego jak po raz kolejny zasiąść za wolantem naszego Carriera, i zniszczyć główny cel naszej misji, czyli krążownik TOTAKU, lecz aby do niego dotrzeć, czeka nas długa i nie całkiem łatwa droga.

Zrobię teraz zestawienie wszystkich przymiotów obu gier aby od razu czytelnikowi uświadomić jak wielkim krokiem naprzód okazał się być “1943” w porównaniu z poprzedniczką. Fakt , że odległość czasowa wynosi 3 lata widać gołym okiem. Gra pochodzi bowiem z roku 1988 kiedy to w Stanach rynek gier na NES był conajmniej kwitnący. Pierwsze wrażenie zrobiło na mnie menu upgrade'ów naszej maszyny. Miałem przyjemność zagrać wręcz w minierpega. Nasz aeroplan posiada bowiem szereg różnych statystyk które w trakcie gry możemy udoskonalać. Każdą z nich z kolei można rozwinąć do sześciu punktów.
   
    1.SIŁA RAŻENIA. Dzięki tej statystyce zadajemy większe obrażenia wrogim jednostkom. Warto więc na samym początku zainteresować się nią, gdyż z planszy na planszę wrogie jednostki stają się coraz wytrwalsze, i nawet na te podstawowe, kiedy nie rozwiniemy naszej siły rażenia, nie wystarczy jeden nabój. Że o bossach oraz jednostkach silniejszych nie wspomnę.

    2.WYTRZYMAŁOŚĆ NA POCISKI. Nasz samolot posiada dwa współczynniki, znajdujące się w lewym i prawym dolnym rogu ekranu. Jest to mianowicie zapas broni oraz energia. Ta druga odpowiada za naszą wytrzymałość oraz daje nam możliwość oczyszczenia placu boju z wrogich jednostek poprzez wielkie wyładowanie elektryczne. Niestety oba te współczynniki same z siebie spadają stopniowo do zera, a przyjmując na klatę obrażenia, tracimy tych punktów sporo. Dlatego siła defensywna pozwala nam na przyjęcie mniejszej liczby obrażeń.

    3.POZIOM ENERGII. Jest to właśnie współczynnik opisany powyżej. Poprzez jego rozwój zwiększamy sobie maksymalny poziom energii jaki możemy posiadać zbierając powerup’y dodające nam jej. Na pierwszym poziomie mamy tych punktów maksymalnie tylko 64, lecz zwiększając tą wartość możemy podnieść ją do 140, a należy pamiętać, że współczynnik ten przez cały czas spada nam w dół. Jeśli poziom spadnie do 20 zamiast muzyczki załącza się alarm który informuje nas o niskim stanie energii. Wtedy naprawdę trzeba się mieć na baczności, bowiem jedno zetknięcie się z bombowcem może sprawić, że staniemy w płomieniach.

    4.SPECJALNE BRONIE. Chyba największy krok naprzód w porównaniu z 1942. Każdy rozwinięty punkt w tej statystyce dodaje nam kolejną broń. Lecz najpierw wytłumaczę jak można ją dostać. Podobnie jak w poprzedniczce, po rozbiciu pomarańczowego desantu otrzymujemy powerup, którego również przedstawia ikona POW (nie mylić z Polską Organizacją Wojskową). Innowacją jest, iż po ostrzeliwaniu tej ikony pojawia nam się zamiast dodatku do energii, właśnie broń specjalna, kolejne jej ostrzelanie da nam znowu POW'a, i następne - następną silniejszą broń itd.
    a) pierwszy poziom broni to broń która wyrzuca pociski w trzech kierunkach (do przodu i lekko na boki), ale ma bardzo mały zasięg rażenia;
    b) drugi (najlepszy moim skromnym zdaniem powerup) ulepszona wersja pierwszej propozycji, posiadający zwiększony zasięg rażenia;
    c) trzeci to silniejsze i szybciej wyrzucane pociski ale tylko do przodu, nie na boki;
    d) czwarty to bardzo szybkie miotanie rakiet, ale niestety też w lini prostej;
    e) piąty to potężny zastrzyk energii dla naszego samolotu (drugi najczęściej używany przeze mnie powerup). Zwykłe POW daje nam dwa razy mniej niż to.
    f) do opisania szóstego muszę wspomnieć o jednej rzeczy. Mając każdą z wyżej wymienionych broni można - przytrzymując na chwilę klawisz strzału - naładować sobie taki skondensowany potężny strzał. Niestety mało przydatne, gdyż trzeba czekać i właśnie ostatnia broń daje nam możliwość miotania takimi potężnymi pociskami bez konieczności ładowania (pociski te również lecą tylko w linii prostej).
Fakt, faktem przydało to mi się tylko na jednej planszy, aby przedostać się przez ostatnie plansze najlepiej jest mieć na max rozwiniętą siłę rażenia i korzystać z drugiej broni. I tak na koniec jeszcze mała dygresja odnośnie wyboru broni poprzez ostrzeliwanie ikony. Nie można tego robić w nieskończoność, bo po którymś razie z kolei może pokazać wam się ikona której nie da się ostrzelać a daje tyle co zwykłe POW.

     5.CZAS UPŁYWANIA STATYSTYK. Doszliśmy właśnie to tego współczynnika, który jest mordęgą dla gracza. Zarówno specjalna broń, jak i energia upływają samoistnie, zwiększając czas upływania, sprawimy, że obie te rzeczy będą nam upływać nieco wolniej. Czasami chwilka potrafi nas wyprawić z samiutkiego końca etapu na początek.

   To tyle jeśli chodzi o samą mechanikę gry. Cóż jeszcze dodać? Na każdej planszy możemy spotkać się z ukrytymi powerupami, które odkryć możemy ostrzeliwując obiekt na którym nasze pociski się zatrzymują. Na każdej planszy trzeba koniecznie szukać upgrade'ów, gdyż ostatniego bossa raczej nie mamy szans zniszczyć bez rozwiniętych na max statystyk. Sami teraz możecie określić jaką masę możliwości daje nam 1943 w porównaniu. Gra nie nudzi wciąż jedną bronią, którą zdobyć można, nie giniemy od razu po bliskim spotkaniu z czymkolwiek ponieważ mamy energię. Często gęsto trzeba główkować, co sobie zwiększyć w danym momencie, czy energię, czy broń która niedługo mi się skończy, to samo dotyczy się upgrade'ów. Bardzo ciekawy element taktyczny motywujący do nieco większego wytężenia umysłu.

    Teraz przejdę może do wrażeń estetycznych. Gołym okiem widać jaka poprawa nastąpiła. Była to dla mnie niemalże przesiadka z C64 na Nesa. Bardzo płynna animacja, bardziej urozmaicone modele wrogich jednostek, zwłaszcza mowa tu o bossach, których mamy na każdej planszy. Od różnej maści krążowników i lotniskowców, z którymi staczamy walkę nad samym poziomem morza (normalnie lecimy wysoko w przestworzach wśród chmur a statki które napotykamy są malutkie, dopiero przed samym bossem obniżamy się do poziomu morza) poprzez bombowce.

Mimo, iż lądu stałego nie doświadczymy (zaledwie wysepki) śmiało mogę powiedzieć, że grafika nie nuży. Właśnie przez to zróżnicowanie jednostek i przede wszystkim płynność animacji, czy nawet efekt wybuchu samolotów wroga. Dźwięki również uległy poprawie. Mamy w końcu jakąś muzyczkę, dosć przyjemną (jedynie załączająca się kontrolka energii troszeczkę mobilizuje aby uzupełnić jej zapas), to samo jeśli chodzi o odgłosy otoczenia. Naprawdę panowie z Nintendo postarali się o cokolwiek dobrą grę i z czystym sumieniem mogę polecić ją każdemu.

203
Opisy i recenzje gier / 1942
« dnia: Listopad 09, 2015, 19:04:09 »
Tekst pochodzi z 2006 roku.


    1942. Czy może istnieć bardziej wymowny tytuł ??

    Zdecydowanie tak. Dla nas Polaków rok 1942 kojarzy się na pewno z centrum wielkiej wojny, pierwszy masowy mord ludności w obozie koncentracyjnym (w Auschwitz-Birkenau czyli w sławnym Oświęcimiu), słynna likwidacja getta żydowskiego, po czym masowy mord żydów w Treblince oraz przegrupowania w naszych oddziałach (powołanie Gwardii Ludowej, przekształcenie ZWZ (Związku Walki Zbrojnej) w AK (Armię Krajową), stąd też pochodzi słynny znak Polski Walczącej oraz rozłam w NOW (Narodowej Organizacji Wojskowej)). Dla Amerykanów jest to poważne zachodzenie w głowę czy przypadkiem nie skonstruować małej bombki (bardzo zresztą brzemiennej w skutkach, co później mogli nieco odczuć mieszkańcy Hiroshimy i Nagasaki). Jeśli chodzi o Afrykę to pamiętamy słynne oblężenie twierdzy w Tobruku przez Erwina Rommla słynnego "Lisa Pustyni". Dla Azji, a w szczególności dla oddziałów Ojca Narodu, czyli Josifa Wissarionowicza Dżugaszwiliego (znanego również jako Józef Stalin), był to początek pomieszania zmysłów - które i tak miał zresztą pomieszane. A wszystko za sprawą jego kolegi Adolfa, który się na niego troszkę wkur..ł (a wiecie z telewizji jakim Adolf był gwałtownym człowiekiem, wszystko przez Józka, bo mu nerwy nadszarpnął. Okazało się, że Józek był bardziej dwulicowy niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Wobec czego kolega Hitler postanowił zemścić się na sku...wesynku. Można by tutaj jeszcze wiele wątków z historii przytoczyć. Łącznie z narodzinami Harrisona Forda, Paula McCartneya, Jimmiego Hendrixa, czy Janusza Korwina-Mikkego. W przypadku gry, którą postanowiłem zrecenzować chodzi jednak o zupełnie inną sytuację. Nie wspomniałem bowiem nic o kraju Kwitnącej Wiśni. A to przecież spod ich ręki wyszedł opisywany przeze mnie tytuł.
   
    Wobec tego małej lekcji historii ciąg dalszy. Wiadomo, iż Japończycy bardzo byli zapatrzeni w pana Adolfa dlatego wraz z Włochami postanowili dopomóc mu w jego przedsięwzięciu. Widać nasi orientalni koledzy jako cel upatrzyli sobie bazy wojskowe mieszkańców Nowego Świata położone na Pacyfiku (co nie dziwi wcale) i rok wcześniej z ogromnym sukcesem zaatakowali amerykańską bazę w Pearl Harbor. I tak wciąż pewni siebie opanowywali tereny Pacyfiku, aż Amerykanie mając dość ich wybryków zagrali im na nerwach atakując 18 Kwietnia 1942r. wszystkim zapewne znane miasto Tokio. Japończykom nie było w smak, więc jak (IBUPROM) odpowiedzieli kontratakiem, na co tylko Amerykanie stacjonujący na atolu Midway czekali. Bitwa rozegrała się między 4-5 Czerwca i Japończycy jak to było do przewidzenia dali d... .I to jak mniemam, bo nic innego na myśl mi nie przychodzi, jest tematem gry. Jako ciekawostkę dodam jeszcze, iż właśnie ten najbardziej wysunięty na zachód atol Hawajów nazwano Midway ponieważ jest położony mniej więcej w połowie drogi między San Francisco a Tokio.
   
    Oto jest mniej więcej naszkicowana fabuła oraz pseudogeneza tego enigmatycznego tytułu czyli 1942. Oczywiście jest to temat rzeka, a ja mam napisać tylko recenzję, a nie podręcznik do historii nowożytnej. Od razu przyznaję się bez bicia, że pomimo, iż lubię historię to nie jest ona moją mocną stroną. Wiele wątków, które przemykały w mojej pamięci musiałem poprzeć pewną wiedzą, za co serdecznie dziękuję Wikipedii. A teraz meritum.

    Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się nad jakimiś większymi wartościami grając w ten tytuł jeszcze na konsoli. Ot lecisz sobie samolocikiem eliminując wszystkie napotkane po drodze. Jednak grając w ten tytuł podczas pewnej nocy, taka myśl mnie naszła. Z kim ja walczę, kim jestem i po co ?? Zacząłem więc szperać w moim mózgowiu. 1942 to wiadomo czas wojny. Gdzieś miałem w myślach wcześniej wspomniany Tobruk. Lecz myślę bez sensu, w końcu bezapelacyjnie widać morze (i niestety prawie tylko morze, ale o tym później). Nagle blask w mej głowie "PEARL HARBOR". Patrzę na skrzydełka samolocików z którymi się borykam, myślę - kurcze czerwone plamki, jestem w domu !! Jakby nie było nie trafiłem w datę, ale byłem bardzo blisko. I za chwilę ogarnął mnie śmiech i kolejna myśl. - Czy te żółtki naprawdę nie mają krzty poczucia patriotyzmu ?? I są w stanie zrobić na potrzeby marketingu (mamy znowu datę wydania 1985 czyli okres płodzenia gier na chybcika dla U.S.A., aby tylko się sprzedało) grę w której będą wybijać samych siebie ?? Jak dla mnie niedorzeczność. Nie wyobrażam sobie gry zrobionej przez Polaków w której kierujemy oddziałami SS wybijając polską ludność. Przecież nawet Niemcy specjalnie hackowali "Return To Castle Wolfenstein" i jako wrogów robili zupełnie kogoś innego, niż SS-manów. To tylko tak gwoli mojego niezadowolenia odnośnie Japończyków.

    A teraz już bez ingerencji w fabułę. Po 10 minutach gry cisnęły mi się dwie rzeczy: do oczu łzy smutku (Capcom coś ty zrobił!!), na usta słynny cytat ze "Stepów Akermańskich" A. Mickiewicza "... wpłynąłem na suchego przestwór oceanu...".
Nie mogłem po prostu inaczej. Jedyne co trzymało mnie przy tym aby grać dalej to mój upór, a po drugie jasność tego, ile jeszcze etapów przede mną. Chodzi mi o to, że na początku każdego etapu pokazane mamy ile etapów jeszcze przed nami. Myślę sobie będę twardy. I leciałem, leciałem, leciałem, leciałem, aż wreszcie niespodzianie - Matka Ziemia !!
A było to jakieś kilka etapów dalej. Mała iskierka nadziei zaświtała w mojej głowie. Może w końcu jakieś zmiany terytorium. Niestety zawód był podwójny, ponieważ te - ekhem.. - lasy tylko przeszkadzały w graniu. Tworzył się totalny chaos na ekranie. Biorąc pod uwagę, że jeśli na ekranie robił się tzw. Sajgon, następowało spowolnienie towarzyszące dzisiejszym tytułom przy braku dobrego sprzętu, a na dodatek niektóre samoloty potrafiły znikać. Po prostu koszmar. Zdegustowany jednak brnąłem dalej, aż wreszcie po jakiś 10 etapach stanąłem jak wryty. Toż to boss był !!
Marzenie skonsternowanego gracza. Jaki był taki był, (a był chyba ze 4 razy, dokładnie kropka w kropkę ten sam podczas całej mej przygody) ale był. Choć też słabo dopracowany i rozwalając go po raz n-ty ziewałem jak i podczas reszty etapów. Nawet nie mogę się pozytywnie wypowiedzieć na temat powerupów. Mamy zaledwie kilka które otrzymujemy po rozbiciu pomarańczowego desantu, który co jakiś czas spotykamy.
To co Capcom nam zaoferował to dwa dodatkowe karabiny, pomocników bocznych, eksplozję wszystkich jednostek na ekranie oraz 2 uniki na rundę, które możemy wykorzystać wciskając klawisz A.
   
    Ogólnie rzecz biorąc jest to moja kolejna recenzja, kolejnej nieprzesympatycznej gry kolejnego crapa ze składanek. Pewnie myślicie dlaczego?? Gdzieś już kiedyś pisałem o mojej nerwicy natręctw. Doszedłem bowiem do wniosku, że postaram się napisać jak najwięcej recenzji, a mając Full Romset na Nesa idę po kolei omijając gierki przeważnie te po japońsku gdzie brak znajomości języka całkowicie neguje możność grania.
   
    Teraz małe słówko ap. grafiki. Uwierzcie mi, naprawdę nie ma tu na czym oka zawiesić, a każdy nowy model samolotu (Tylko spokojnie. Jest ich co najwyżej 7) pojawiający się na ekranie wywołuje niemalże orgazm.
A teraz chyba najgorsza rzecz w tym czymś, czyli dźwięk. Nie wiem czy to wina emulatorów ale zdaje mi się, że nie. Chorobcia, jak ja się cieszę, że grałem w to w pracy bez dźwięku, gdyż od tego co ma nam do zaoferowania gra wolę ciszę i śpiew mojego odbytu po ciężkostrawnej kolacji. Totalne dno grając w to z dźwiękiem, czułem się jakbym był w budce telegrafisty na dzikim zachodzie i napierd...lał teleksy. Tak na marginesie muzyczki nie uraczycie.
 
    Moja ocena ogólna. Chyba osobiście bardziej podoba mi się opisywane wcześniej przeze mnie 10-Yard Fight tam nie zgrzytałem zębami z rozpaczy i nie odliczałem plansz które jeszcze przede mną. Żółtki chyba celowo dali informację o liczbie etapów, bo mieli na uwadze to, że jakiś Amerykanin, może w przypływie konsternacji udławić się Hamburgerem, lub pochlastać. Nigdy więcej 1942!!! Stanowczo polecam 1943 The Battle Of Midway, co prawda nie miałem jeszcze okazji przysiąść na dłużej przy tym, ale pierwsze wrażenie zrobiło na mnie ogromne, po takim rzęchu. Tyle. Pozdrawiam.

A.D. 2015

Dziś już wcale nie uważam "1942" za grę nieudaną. Czuję do niej jakiś niepohamowany sentyment, pomimo pipczenia z głośników, które dziś - jeśli gram w "1942" - zastępuję sobie czymś przyjemniejszym dla ucha. Jest to bardzo fajny tytulik do nabijania hajskorów. Nie chwaląc się ::) swego czasu osiągnąłem dość spory wynik, plasujący mnie na podium, a wyglądał on mniej więcej tak jak na obrazku poniżej. Dzięki za ponowne przeczytanie.

204
Opisy i recenzje gier / Silk Worm
« dnia: Listopad 08, 2015, 22:30:30 »

   W kolejnym odcinku teleturnieju "Fami-Iliada" wita Państwa serdecznie Karol Ulicznakanapka, a oto przed Państwem rodziny Apaczów i Dżipów. Ale, jak już tak przy Apaczach i Dżipach jesteśmy, to taka anegdota mi się przypomniała:

"Późne lata 80-te.
Spotyka się dwóch programistów - jeden ze Szkocji, drugi z Japonii.
- Ty słuchaj mam prawie dokończoną świetną grę - mówi Szkot do Japończyka.
- Wiesz fabuła jak z "Terminatora", wielki komputer przejął kontrolę nad maszynami i chce zniszczyć istnienie ludzkie - iście epicko. Gra się w pojedynkę, albo na dwóch. Ktoś steruje helikopterem, ktoś jeepem - rozwałka totalna, ale do ogarnięcia. Ale wiesz co ? - kontynuuje Szkot - Nie mam pomysłu na ostatni poziom, więc idę się pochlastać szarym mydłem, a ty mój żółty kolego ... weź ją dokończ."


   Nie był to oczywiście żaden żart, ani nawet marny suchar. Ale takie - mniej więcej - odniosłem wrażenie po dość długim obcowaniu z grą "Silk Worm", wydaną w 1988 roku przez "Sammy". Wersja NES jest co prawda portem i sam "Silk Worm" pojawił się na wielu platformach, ale - muszę to niestety stwierdzić - portem jakże nieudanym. Powód jest prosty. Gra byłaby wręcz świetna - i do siódmego poziomu taka jest, zarówno pod względem graficznym, dźwiękowym, jak i pod względem czerpania z niej przyjemności - ale, całokształt psuje irytujący do granic przyzwoitości ósmy poziom, czyli ostatni. Gówienkiem - wieńczącym szczyt tego całkiem smacznego tortu - jest prawie niemożliwy do pokonania konwencjonalnym sposobem, ostatni boss. (Konwencjonalnym - czyt. bez save state). Trudność polega na niczym innym, jak na nagłym zmultiplikowaniu się pocisków wystrzeliwanych przez wrogie jednostki. Zwyczajnie jest tego tyle, że ciężko jest się - tak nagle - przestawić i w konsekwencji utrata żyć następuje w postępie geometrycznym. Być może, gdyby zwiększenie siły rażenia oponentów następowało bardziej stopniowo, gracz nie doznawałby dziwnego wrażenia "nie wiem z której strony biją". Co gorsza, nawet jeśli zachowamy nasze (całe dwie) kontynuacje, nie będzie nam dane nawet poćwiczyć i opracować taktyki na ostatniego bossa, gdyż, nie wiedzieć czemu, nie ma możliwości kontynuacji po ukończeniu ósmego poziomu. Ciężko mi nawet stwierdzić, czy da się fizycznie opracować na niego taktykę jakąkolwiek, gdyż wszystko odbywa się w sposób wielce randomowy.

   Z kilku spostrzeżeń, jakimi chciałbym się podzielić, przy okazji tego wpisu i niejako na zakończenie, to fakt, że granie jeepem (policyjno suko jak zwykłem go nazywać) jest o niebo łatwiejsze niż przy okazji grania helikopterem. Najistotniejszym atutem jeep'a jest niewątliwie to, że teoretycznie nie jest on w stanie wejść w fizyczny kontakt z wszelkim latającym badziewiem i element omijania przeciwników jest zasadniczo drugoplanowy. Inaczej jest w przypadku helikoptera, który narażony jest przez cały czas na kontakt fizyczny z przeciwnikiem oraz na jego pociski. W dodatku o wiele trudniej - w moim odczuciu - jest trafić kogokolwiek używając helikoptera. Innym istotnym aspektem - opisanym zresztą w manualu - to fakt, że w czasie gry zdobywamy kolejne stopnie wojskowe, poprzez łapanie "emblematów orła". Za każdy medal, belek na pagonie przybywa i następuje awans. Dopóki nie osiągniemy ostatniego stopnia, z każdym utraconym życiem, tracimy przyspieszenie broni oraz jego dwutorowość - strzelanie w dwóch kierunkach na wprost i po skosie. Gdy osiągniemy stopień kapitana (czyt. zobaczymy w miejscu pagonu "wielko papugie"), nawet jeśli zginiemy, nie tracimy wyżej wspomnianych upgrade'ów.

   Kończąc ten wpis, wystosowuję do Was Moi Drodzy wniosek w postaci tego Post Scriptum. Nie ukrywam, że chciałbym mimo wszystko mieć ten tytuł za sobą, tzn. ukończony w sposób konwencjonalny. Nie wiem, jak sprawa poziomu trudności ma się w odniesieniu do trybu 2 Players, ale zakładam, że spada. Gdyby zatem ktoś zechciał wspomóc mnie ogniem zaporowym w "Silk Worm", to byłbym wdzięczny. Myślę, że Nestopia z kaillerą dałaby spokojnie radę. Dzięki za przeczytanie i pozostaje mi mieć nadzieję, że znajdzie się jakiś śmiałek gotowy stanąć do walki z "pseudoSkynetem".

205
Kącik muzyczno-filmowy / Odp: Pokaż co potrafisz
« dnia: Listopad 07, 2015, 23:56:00 »
Mati, ale świetnie się tego słucha. Bardzo melodyjne i zarazem nieskomplikowane zbytnio, czyli takie jak lubię. Pozdro

206
Hi-score / Odp: Bird Week
« dnia: Listopad 07, 2015, 23:36:19 »
Protoplasta "Buble Wróble" ??

207
Jeszcze więcej o grach / Odp: Co ostatnio przeszliście??
« dnia: Październik 26, 2015, 12:00:15 »
...Jedno co mogę powiedzieć to sam fakt, że ta gra nie ma prawie nic wspólnego ze Star Wars...
No właśnie, nawet Princess Leia jakaś niepodobna do Leii (ładniejsza chyba od tej w filmie).

208
Opisy i recenzje gier / 10-Yards Fight
« dnia: Październik 20, 2015, 23:18:57 »
Tekst pochodzi z 2008 roku, niemniej z racji tego iż forum się rozwija, a ja chwilowo pochłonięty jestem tworzeniem autorskich przeróbek Magii i Miecza i wolne chwile poświęcam wyłącznie na to, wrzucam starego jak świat kotleta.


"... Skopcie im tyłki chłopaki - powiedział trener do swej drużyny przed decydującym meczem w sezonie, po czym sprzedał rzęsistego klapsa w ponętny tyłeczek rozgrywającego swojej drużyny...".
   Tak, Football Amerykański jest niemal religią studentów zza oceanu. Jakiego by nie obejrzeć amerykańskiego śmiecia typu "American Pie" wszędzie pełno Footballu. A co najśmieszniejsze, panienki które rozpalają chłopaków do gry, czyli te tzw. cheerleaderki również tworzą swoje drużyny, które prowadzą zażarte boje, krwawsze nawet niż najbardziej krwawy mecz rugby (bo wiecie jak to jest z kobietami, są jeszcze bardziej przejęte rolą i waleczniejsze niż chłopaki z drużyny). No bo np. nie może być tak, że przeciwna drużyna cheerleaderek ma lepszy wierszyk tudzież pioseneczkę oraz układ choreograficzny. No jak się one ludziom na oczy pokażą? Wstyd!! A tak moim skromnym zdaniem totalna żenada jak słucham tych piejących pip.
   Ogólnie podsumowując FOOTBALL czy BASEBALL (którą to dyscyplinę sportu uwielbiam i szczerze żałuję, że w Polsce jest bardzo mało zainteresowania tą grą) jest dla Ameryki tym czym dla Brazylii lub Polski PIŁKA NOŻNA czy ostatnio SIATKÓWKA.
   A teraz co mnie skłania do pisania tego wszystkiego? Otóż fakt, że miałem ostatnio możność (celowo nie piszę przyjemność) pogrania w pewną grę o nazwie "10-Yards Fight" stworzoną przez team IREM.
Gra owa pochodzi z roku 1985 czyli roku w którym, Japonia postanowiła przypodobać się swym niedawnym wrogom spod PEARL HARBOUR czy MIDWAY. Nie dziwi więc fakt, że postanowiono napisać grę pod tzw. "publiczkę".
   Czym jest bowiem te magiczne 10 Yardów ? W tym momencie wypadałoby przybliżyć czytelnikowi wstępnie ogólną zasadę gry we właśnie FOOTBALL AMERYKAŃSKI, bo gra jest niczym innym jak symulacją meczu. Otóż w grze chodzi o to aby przebiec z piłką taką samą jak do RUGBY (nie mylić tych obu dyscyplin sportowych) czyli jajowatą, do pola końcowego przeciwnej drużyny. Proste jak konstrukcja cepa. Lecz dalej nie wiemy o co chodzi z tymi 10 yardami. Otóż już wyjaśniam. Cel gry, a zdobycie tego celu nie zawsze znaczy to samo. Gracze toczą swoje zażarte boje na boisku o długości 100 yardów (po 50 yardów do pól końcowych obu drużyn od środka boiska). Do zadań drużyny przeciwnej należy zapobiegać dobrnięciu do pola końcowego gracza z piłką. Mamy zatem na głowie nie lada problem, gdyż przeciwnicy sukcesywnie nam w tym "małym spacerku" przeszkadzają (niejednokrotnie w bardzo spektakularny sposób) a im ktoś ma większe gabaryty tym trudniej z takim przeciwnikiem iść w szranki. W momencie, gdy któryś z oponentów złapie nas w pół i rzuci o glebę, tudzież wślizgnie nam się pod nogi i upadniemy zaczyna się robić niewesoło. Dostajemy od sędziego komunikat o treści 1ST DOWN, i od tego momentu słowo 10 yardów staje się prawomocne.
Drużyna ustawia się bowiem naprzeciw siebie i następuje zagranie piłki do naszego gracza, który ma teraz kilka możliwości: albo decyduje się na przebrnięcie samemu, albo podaje piłkę do innego gracza, w każdym razie po rozegraniu zanim ktoś znowu z przeciwnej drużyny rzuci nam się pod nogi i zaliczymy glebę piłka musi znaleść się minimum - VOILA !! - 10 yardów dalej od poprzedniej pozycji.
W przeciwnym przypadku sędzia wydaje komunikat 2ND DOWN, (i w tym momencie na twarze naszych graczy wchodzi lekki grymas niezadowolenia). Gra znów odbywa się od rozdania i tak do momentu gdy sędzia okrzyknie NOT 10 YARDS (jest to komunikat po 4tej nieudanej próbie) a nasi chłopcy wykrzykną hurmem jedno słowo (FUCK !!), ponieważ niestety wtedy to my musimy zacząć rzucać się pod nogi przeciwników. Myślę, że nie ma sensu przybliżać dalej zasad jakimi rządzi się FOOTBALL AMERYKAŃSKI, bo tak naprawdę opisywana przeze mnie gra nie nam nic więcej do zaoferowania oprócz tego co napisałem (poza tym, że po dobrnięciu do pola końcowego otrzymujemy 6 punktów i szansę na zdobycie 7mego, który możemy zdobyć poprzez przekopnięcie piłki nad specjalną bramką w kształcie litery Y. Piłka musi się znaleść ponad poprzeczką oraz między słupkami. I jeszcze jedna uwaga. W momencie kiedy podajemy piłkę w czasie rozgrywki może zdarzyć się tak, że zamiast do naszego, piłka trafi do zawodnika z przeciwnej drużyny. Jest to tzw. przejęcie piłki komunikowane hasłem PASS INTERCEPT, po którym następuje automatycznie zmiana). Po więcej zasad oraz różnicę pomiędzy FOOTBALLEM a RUGBY, odsyłam do serwisów internetowych poświęconych tej tematyce.
   A teraz małe przemyślenia względem tytułu. Jedyna korzyść jaką wyniosłem z niej to fakt, że poznałem mniej więcej zasady tej dyscypliny sportu (zaznaczam, że nie odwiedzałem wcześniej żadnych serwisów ani nie miałem bladego pojęcia ap. FOOTBALLU).Co do samej gry jest to jak już napisałem mało przemyślany wręcz prymitywny tytuł na składankę, którą to Japonia miała uraczyć swoich nabywców. Zero jakiejkolwiek ingerencji w drużynę. Jedyna dostępna opcja to zmiana stopnia trudności przeciwników. Szczerze mówiąc wygrać mecz na ostatnim poziomie nie sprawia większego problemu.
 Możemy wybrać czy chcemy uczestniczyć w rozgrywkach szkolnych, Finału Liceów, czy w Meczu Drużynowym. Tyle naszej ingerencji. Reszta która należy do nas to umiejętne omijanie wślizgujących się nam pod nogi napastników, choć jest to niezbyt łatwe i czasami wręcz denerwujące. Sądzę,że Amerykanie byli niezbyt zadowoleni, gdyż nawet nie dano opcji wyboru drużyny, gramy sobie ot jakimiś łepkami Nonameami. Grafika wygląda jak przystało na składankowe tytuły a nawet gorzej czyli po prostu mizernie, a do tego jest bardzo niepłynna. O muzyce, której nie ma, nawet nie śmiem wspomnieć. Jedyne dźwięki to odgłosy otoczenia tupot nóżek zawodników (czyli zwykłe rąbanie sieczki), tudzież sygnał gwizdka sędziego. Gra odpycha po pierwszym meczu, i myślę, że choć pomysł był jak najbardziej w porządku to mimo wszystko panowie z IREM potraktowali odbiorców jako ludzi którym każdą tandetę się wciśnie, co też robią po dziś dzień.
   Dziękuję za poświęcenie chwili uwagi. Wielkie Pozdro.

209
Kącik muzyczno-filmowy / Odp: Czego teraz słuchasz?
« dnia: Październik 20, 2015, 22:57:34 »
Heh Seba, ten Dethklok całkiem niezły. Cóż ja ostatnio obsłuchuję sobie na przemian Philla Collinsa, Dire Straits, Elektryczne Gitary i Mastodona. Głównie "Wielką Radość" Elektrycznych Gitar i "Leviathana" Mastodona.

210
Jeszcze więcej o grach / Odp: Co ostatnio przeszliście??
« dnia: Październik 18, 2015, 16:43:04 »
Wiesz MaarioS, miałbym dla Ciebie nielada wyzwanie. Ostatnio męczyłem strasznie SilkWorm'a. Do 7 Wave'u dochodzi się bez problemu, natomiast Wave ostatni plus końcowy Boss, nawet z wielokrotnym save'owaniem mało nie przyprawił mnie o siwiznę. Myślałem nawet ostatnio, żeby rzucić Tobie ten temat, co właśnie czynię. Ewentualnie, mógłbym się z tobą zgadać na zagranie w trybie co-op po Nestopii, ale wydaje mi się, że byłoby ciężko. To jak podejmujesz wyzwanie ukończenia SilkWorm'a na konsoli (bez everdrive'owych save state'ów oczywiście) ??

Strony: 1 ... 12 13 [14] 15