Produkcja, o której za czasów królowania Pega nikt nie słyszał, a mimo to ludzie biją się o każdy kartridż, jeśli tylko takowy trafi na lady internetowych bazarów, bez skrupułów sypiąc groszem? Nic więc dziwnego, że usłyszałem o niej od zbieraczy scalaczków, albowiem rzecz ta, jak każdy obiekt pożądania kolekcjonerów, jest rzadka, lecz tylko w oficjalnie przyjętym znaczeniu tego słowa. Bo jeśli chodzi o jakość, to jest zupełnie odwrotnie…
Wypada zacząć od grafiki, albowiem gra owa jest dla NES’a tym, czym Crysis dla PC-ta! To produkcja czerpiąca maksimum możliwości ze sprzętu, na którym działa, wykorzystująca wszystko, co fabryka konsoli w swej hojności dała w zamian oferując cały wachlarz doznań organoleptycznych! Animacja jest równie płynna co w legendarnym Prince of Persia, lecz w przeciwieństwie do niego tutaj nie zapomniano o starannym dopracowaniu każdego ze sprite’ów składających się na sylwetki bohaterów. Poziomy są przecudne, widać każdy listek na drzewie, każdą chmurkę składająca się na wielopłaszczyznowe tło. Wszystko to, podane w lekko mangowym sosie z dodatkiem mocno specyficznej kolorystyki tworzy niepowtarzalny obraz przecudnej, ośmiobitowej rzeczywistości.
Lecz to nie miałoby znaczenia, a wręcz byłoby wadą, gdyby inne części składowe zawiodły. Spokojna wasza łysina, nie ma się czego w tej kwestii obawiać. Historia spajająca rozgrywkę opowiada o naukowcu szukającym sposobu na pokojowe wykorzystanie energii zawartej w tytułowym księżycowym krysztale. Zostaje on (profesorek, nie kamyk! Zresztą, ten drugi też wpada w łapska „złych”) porwany wraz z rodziną, lecz niekompletną, dzięki czemu na ratunek wyrusza jego jedyny syn. Przedstawione podczas cut-scenek perypetie młodego sprawiły, iż uczyniłem pierwszy krok ku stwierdzeniu, że gry na Pegasusa mogą mieć fabułę! Lecz teraz zdaje się, iż obrałem zły kierunek i wyruszyłem ku nieopisanej ciemności i próżni, gdzie nie odpowiada mi nawet echo, ale to już nie wina panów z Hector.

Wróćmy jednak do młodego, zielonowłosego chłopca, który jest jedyną grywalną postacią. Podczas wędrówki jego bronią jest lichy sztylet, którego możliwości bojowe nieznacznie zwiększają power – upy porozrzucane po poziomach tej klasycznej platformówki. Dane jest nam też skakać po jakże pięknych obiektach, wspinać się po gzymsach i robić wszystko to, do czego przyzwyczaiły nas podobne produkcje.
Na swej drodze spotkamy wielu przeciwników, którzy będą próbowali zatrzymać nasze jednoosobowe siły ekspedycyjne i robią to nad wyraz skutecznie. Nie ma co odsądzać tej produkcji od czci i wiary i stawiać ja pod ścianą razem z wytworami dla prawdziwych masochistów, choć z drugiej strony gra ma „momenty”, gdy staje się na tyle wymagająca, że zmusza do zapamiętania optymalnej trasy i podążania nią jak po sznurku, niemal jak w Ninja Gaidenie.
I w tym mechanizmie czasem zgrzytnie. Wprawdzie przejście kolejnych, coraz trudniejszych etapów powinno dawać nielichą satysfakcję, ale zdecydowanie COŚ musi być nie tak, skoro po piekielnie trudnym 3 poziomie próg wymagań stawianych nam przez produkcję wyraźnie maleje i utrzymuje się na niższym poziomie niemal do samego końca. A jak już marudzę, to niejako przy okazji muszę wspomnieć o długości tej produkcji. Grało się tak świetnie, że całość rozgryzłem podczas 2 podejść wspomaganych nielimitowanymi kontynuacjami, co trwało niespełna 5 godzin.
Ze świętej trójcy grywalność- video- audio do osądzenia został już tylko ostatni jej przedstawiciel, który, szczerze mówiąc, wypada najsłabiej z całego pakietu. Choć muzyka jest bardzo dopracowana pod względem technicznym, a wśród umilających grę utworów a znajdą się prawdziwe perełki (np. melodia z początku drugiego poziomu… mmm…) całokształt oprawy dźwiękowej nie daje się zapamiętać jako coś wielkiego. Brakuje mi jakiegoś kompozycyjnego geniuszu, jakiejś zawartej w nim nieuchwytnej mocy dającej niesamowitego kopa. Pomimo starannego dopieszczenia każdego bipnięcia płynącego z jednego z pięciu NESowych kanałów, muzyka jest tylko bardzo miłym tłem, gdy tymczasem powinna być nieodzownym elementem składowym tworzącym klimat. Pod tym względem MC jest dokładnym przeciwieństwem „The Legend of Prince Valiant”, gdzie technicznie wszystko leży i kwiczy, ale z głośników wydobywa się zarażający umysły duch średniowiecza. Tutaj czegoś takiego, niestety, brak.

Długo się zastanawiałem, jak ocenić tę grę i wszystkie zawarte w niej drobne niedoróbki, które cudem umknęły masowej zagładzie zwanej beta-testem. Jednak jak już sobie pomyślałem, że za młodu byłaby dla mnie niesamowicie trudna i podróż trwała by trochę dłużej, że do gry można wrócić i przejść jeszcze nie raz, że każdego czułego na poetycką wymowę pikseli grafika zwali z krzesła, że ściągnąć ROM za darmo to nie problem dla portfela, że jakiś fanatyk się narobił tłumacząc z języka krzaczastego, że po prostu grało mi się obłędnie przyjemnie…
9/10
Sorry but you are not allowed to view spoiler contents.